Nowe wydanie książki 1001 win, których warto spróbować

W wersji angielskiej to winiarskie opus magnum aktualizowane jest średnio co trzy lata. Polski czytelnik na nowe wydanie czekał blisko dekadę. Na świecie sprzedano już ćwierć miliona egzemplarzy tej książki. Jest to wspólne dzieło wielu krytyków winiarskich, których do współpracy zaprosił Neil Beckett, jeden z najbardziej utytułowanych recenzentów win. W porównaniu z wydaniem polskim z 2010 roku są tu nowe roczniki, nowe recenzje, nowe wina, właściwie to nowa książka, choć jej układ pozostał niezmieniony. Nie specjalnie zmieniły się też winiarskie poszukiwania autorów, czyli jeśli coś im się wcześniej podobało, to teraz jest powtórzone z uwzględnieniem nowych roczników. Chciałoby się więcej nowych etykiet. Jest też smutna konstatacja – jakże daleko polski konsument win jest za tym, co się na świecie pije i poleca! Wciąż wiele zbieranych w opracowaniu etykiet jest u nas zupełnie nieznanych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nasi importerzy nie szukają podpowiedzi w książkach i nie zauważają win, które od lat są doceniane.

The Complete Bartender’s Guide

Kolejna kultowa pozycja napisana przez Dave’a Brooma, wydana po raz pierwszy w 2003 roku, w poręcznym formacie. Broom jest niewątpliwie mistrzem sprzedawania po dziesięć razy tego samego, na czym tracą jego wierni czytelnicy, bo te same akapity, a nawet całe strony, a często i zdjęcia, znajdują w różnych jego książkach. Niestety, „The Complete Bartender’s Guide” powtarza znaczne fragmenty książki „Spirits & Coctails”, ale też duże fragmenty można znaleźć w jego książkach o rumie czy wódce. Wartością tej publikacji jest bardzo obszerna lista alfabetyczna koktajli wraz z recepturami i w zasadzie tyle. Ciekawostką są kończące książkę przepisy na radzenie sobie z kacem. Łyżka oliwy z oliwek albo szklanka mleka przed imprezą, a po…? Najlepiej klinować następnego dnia, polecane „koktajle lecznicze” to m.in. bloody mary i Campari z sokiem pomarańczowym, albo gorzki Underberg. Broom pisze, że zbawienne skutki klinowania potwierdzi każdy lekarz. Chyba jednak nie. Alkohol na kaca to nie tylko najprostsza droga do alkoholizmu, ale też do marskości wątroby, bo ta inwazyjnie zaatakowana poprzedniego dnia jest osłabiona i radzi sobie słabo z przerabianiem kolejnych porcji alkoholu. Układ nerwowy, motoryka, sprawność myślenia także nie reagują najlepiej na pomysł klina. Leczenie zatrucia trucizną wprawdzie przyzwyczaja do samej trucizny, ale w większym stężeniu prowadzi na cmentarz.

Czytaj więcej

Dave Broom Spirits & Coctails

Można powiedzieć, że kultowa książka. Napisana w 1998 roku. Dopiero dekadę później ukazała się druga tak obszerna publikacja poświęcona mocnym alkoholom, czyli André Dominé „The Ultimate Guide to Spirits & Cocktails”. Do dzisiaj te dwie książki stanowią opus magnum jeśli chodzi o wiedzę o świecie mocnych alkoholi. Ale też świat ten w 1998 roku wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Właściwie nie było jeszcze kategorii alkoholi kraftowych, dopiero gdzieś tam zaczynało się mówić o popycie na alkohole luksusowe, dopiero zaczynały nieśmiało przebijać się do barów lokalne trunki. Dave Broom jednak w 1998 roku przewidział w jakim kierunku będą zmieniały się potrzeby konsumentów i już wtedy zapowiadał, że nadchodzą dobre czasy dla: ginu, rumu czy mezcalu, a także że zmienia się postrzeganie wódki. Dzisiaj część informacji jest już mocno nieaktualnych, w kilku miejscach Broom powtarzał stereotypową wiedzę, ale pamiętajmy – książka powstawała w czasach początku internetu, bez dostępu do tysięcy źródeł, oparta była głównie na doświadczeniach autora, jego podróżach, rozmowach, wizytach w destylarniach, niezliczonych degustacjach. Dave Broom jako pierwszy potraktował świat alkoholi kompleksowo i poważnie, zaczynając od historii, a na oprzyrządowaniu baru kończąc. Pokazał czytelnikom: barmanom, konsumentom, producentom, jakie były źródła, jakie inspiracje. Nie mam wątpliwości, że jego „Spirits & Coctails” było kamieniem milowym w rozwoju branży alkoholowej w XXI wieku.

1001 win, których warto spróbować

Próbować zawsze warto, chociaż, jak przypomina we wstępie do książki Hugh Johnson, „Nie ma wielkich win, są tylko wielkie butelki z winem”. Bo smak wina to: czas, miejsce, towarzystwo, nastrój, a także te wszystkie elementy, które składają się na zawartość butelki, często nie możliwe do określenia, indywidualne, nieprzewidywalne. Żeby wino ocenić, trzeba je otworzyć, żadne poradniki tu nie pomogą. Co nie znaczy, że nie należy czytać opinii fachowców. Książkę można potraktować jako inspirację do własnych poszukiwań, swego rodzaju drogowskaz, choć warto zbaczać ze szlaku i szukać na własną rękę, zawsze znajdziemy coś dobrego. 1001 win to dużo, ale do spróbowania jest znacznie więcej, nie ma zatem powodu by się ograniczać. Każde nowe wino, to nowe doświadczenie. Książka jest podzielona na cztery rozdziały: wina musujące, białe, czerwone i wzmacniane. Potem opisy lecą alfabetycznie. Taki podział powoduje wielkie materii pomieszanie, obok win szampańskich pojawia się portugalski Mateus, obok win rześkich, wina późnego zbioru itd. Opisy to mieszanka historii, technologii, oceny. Na szczęście przeważają informacje obiektywne, choć nie brakuje poetyckich metafor w rodzaju „wino nieco zuchwałe i radosne w charakterze”, dzięki którym czytelnik ani trochę nie jest mądrzejszy, ale za to być może będzie miał bogatsze pole do własnych odkryć z kieliszkiem przy nosie. Książka oryginalnie ukazała się w 2008 roku, od tamtego czasu przybyło tak wiele nowych win, że czytelnik może we własnym notesie degustacyjnym dopisać drugich tysiąc i jedno. Czy lepsze, czy gorsze, to trzeba oceniać indywidualnie. Polski miłośnik wina będzie w o tyle trudniejszej sytuacji, że wielu z polecanych w książce etykiet wciąż nie ma w naszych sklepach.

Europa na winnych szlakach

Książka o winach? Nie koniecznie, a na pewno nie tylko. Nie jest to winiarskie ABC Europy, nie jest to przegląd najważniejszych winnic, win, apelacji. To raczej powieść drogi. Jedziemy z Tomkiem po Europie, gdzie go oczy poniosą, nie koniecznie do Burgundii, może być na Morawy. Do miasteczek, do portów, do tawern, a jakże, także do winiarzy, na winnicę i do piwnicy, w cieniu starego drzewa, na ławeczce, przy talerzu oliwek, przy serze lub rybce, snuje opowieść drogi, relacjonuje opowieści swoich gospodarzy, przedstawia klimat miejsca nie poprzez średnią temperatur i opadów, lecz poprzez ludzi, tradycję, rytm życia, język narracji, upodobania. Wielkie wina, a ludzie zupełnie zwyczajni, bez zadęcia, bez nadmiernych ambicji. Chcą robić swoje, bo lubią, a Tomek im się przygląda, notuje, zapewne też im zazdrości, bo jak tu nie zazdrościć? Uroda prostego życia w zgodzie ze sobą i naturą. Jest czas na kawę, na kieliszek wina, na śpiew, na miłości i przyjaźnie, nie ma pośpiechu, nie ma ton winogron do zebrania, wytłoczenia, przefermentowania, zabutelkowania, sprzedania. Jakby to nie był biznes, a przecież jest, a przecież nie przypadkowo książka zaczyna się na lotnisku, a nie na winnicy.

Czytaj więcej

Ilustrowana historia rodzinnej firmy Altvater Gessler

Altvater to marka, Gessler to rodzina, a książka traktuje także po części o rodzinie Baczewskich, której losy i biznesy splatały się z dorobkiem Gesslerów. Po wojnie na stałe połączyły się losy dwóch rodów produkujących przed wojną znane wódki i likiery – Gesslerów i Baczewskich, w Wiedniu powstała firma Altvater Gessler – J.A. Baczewski Likörerzeugung GmbH. Jak wspomina Rasiel Gessler: „Bardzo chcieliśmy produkować wódkę w Polsce, ale z powodów historycznych było to po prostu nie możliwe. W powojennej Polsce został wprowadzony monopol spirytusowy, a przedwojenni fabrykanci byli zamykani w więzieniach lub wysyłani na Syberię. Mój dziadek nie miał nawet po co wracać do Bielska, byłoby to czystym szaleństwem. Tylko cudem udało mu się przeżyć wojnę i po niej odzyskać wiedeński zakład po to, by w 1948 roku wznowić produkcję. Wszystkie te lata przetrwaliśmy właśnie dzięki przedwojennym zasługom naszych polskich pradziadków, którzy zbudowali renomę marki Altvater Gessler i J.A. Baczewski w Stanach Zjednoczonych, Australii, Ameryce Łacińskiej i Europie Zachodniej. Te przedwojenne rynki zbytu pozwoliły nam do dzisiaj utrzymać się jako rodzinnej firmie, bo na naszych dawnych, ojczystych ziemiach nie mogliśmy już ani produkować, ani sprzedawać – obowiązywał tam przecież państwowy monopol. Do tego Lwów po wojnie nie był już nawet częścią Polski”. Gwoli sprawiedliwości, trzeba jednak powiedzieć, że Wiedeń był naturalnym miejscem kontynuacji dla obydwu galicyjskich przedsiębiorców, którzy budowali przecież wielkość swoich marek w czasach C.K. Monarchii, ciesząc się prestiżowymi znakami dostawców alkoholi na dwór Habsburgów. Przewrotny los sprawił, że choć z dala od domu, to jednak Gesslerowie i Baczewscy znaleźli się w miejscu nie do końca im obcym. I pewnie też dlatego łatwiej im było odbudować, przynajmniej w części, rodzinny biznes.

Czytaj więcej

Malt Whisky Yearbook 2020

Tegoroczną edycję „Malt Whisky Yearbook” rozpoczyna Gavin D. Smith artykułem na temat obecności obcego kapitału w szkockiej whisky. Pierwszy odnotowany przypadek sprzedaż destylarni przez Szkota w nieszkockie ręce pochodzi z 1887 roku, destylarnia Glen Spey z Rothes została odsprzedana producentowi ginu z Londynu, W&A Gilbey, za 11 tys. funtów. Gilbey wkrótce przejął także destylarnie Strathmill i Knockando. Pierwszym naprawdę obcym inwestorem był w 1930 roku kanadyjski producent whisky i ginu Hiram Walker. Obecnie 40% szkockich destylarni jest w obcych rękach – 51 ze 128. Patrząc na produkcję, 174 mln l czystego alkoholu z 383 mln l produkowanych rocznie powstaje w firmach z obcym kapitałem. Jeśli spojrzymy na fakt, że aż 121 mln l alkoholu produkują destylarnie należące do Diageo, to dla reszty prywatnych szkockich inwestorów pozostaje mniej niż 100 mln l. Z pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedawanych marek szkockich whisky single malt sześć jest w obcych rękach: The Glenlivet (Pernod Ricard), The Macallan (Beam Suntory), Glenmorangie (Moet Hennessy), Aberlour (Pernod Ricard), Laphroaig (Beam Suntory) i Glen Grant (Campari). Szkockie są: Glenfiddich (Williams Grants & Sons), The Singleton (Diageo), Balvenie (Williams Grants & Sons) i Talisker (Diageo). Przy czym The Singleton to tak naprawdę kilka destylarni pod jedną marką, a co do samego Diageo, to trudno powiedzieć, że jest to obecnie firma szkocka, gdyż siedzibę ma w Londynie, aktywa na całym świecie, z czego spora część w Irlandii. Obecnie właściciele szkockich destylarni pochodzą m.in. z: Japonii, Tajlandii, RPA, USA, Francji czy Włoch, ale także z: Australii, Danii, Szwecji, Szwajcarii, Filipin czy tak egzotycznych kierunków jak Kajmany. Tylko w 2019 roku sprzedane zostały zagranicznym inwestorom destylarnie Glenturret i grupa Loch Lomond. A czy zagraniczny inwestor w istotny sposób wpływa na charakter szkockiej whisky? Zarówno zdaniem menadżerów w destylarniach, jak i samego autora artykułu, nie ma to żadnego znaczenia, a konsument najczęściej w ogóle nie zdaje sobie sprawy (i nic go to nie obchodzi), do jakiego banku, jakich akcjonariuszy płyną pieniądze ze sprzedaży szkockiej whisky.

Czytaj więcej

Whisky Bible 2020

Pisząc tegoroczną edycję swojej „Whisky Bible” Jim Murray spróbował dwudziestotysięcznej próbki whisky. Sam jest biblią, encyklopedią, jest chodzącą whisky, jego krew jest złota, z oczu płyną mu złote łzy. Niczym król Midas. A mimo tego, także Murray bywa zaskoczony przez branżę produkującą płynne złoto. We wprowadzeniu do nowego wydania Biblii opisuje swoje wieloletnie kontakty z Barton Distillery w Kentucky. Niegościnni, zamknięci, ksenofobiczni, a na dokładkę robili złe whisky, z których najstarsze butelkowania miły po sześć lat. Tymczasem tytuł najlepszej whisky roku zdobyła tym razem właśnie próbka z Barton Distillery. Jak to możliwe? Jak pisze Murray, dziesięć lat temu wykupił ich Sazerac i sprawy zaczęły się zmieniać. Zaczęły się zmieniać bardzo szybko. Przebyli długą drogę, nim ich 1792 Full Proof Kentucky Straight Bourbon została 2020 World Whisky of The Year.

Czytaj więcej

Adolf Dygasiński: Gorzałka

500 stron trącącej już myszką prozy, powieść powstała w 1893 roku. Dygasiński przedstawił ciekawy opis funkcjonowania przemysłu spirytusowego w Polsce pod koniec XIX wieku. Czas modernizacji gorzelnictwa. Nie tylko wprowadzenie destylacji ciągłej w oparciu o aparat Pistoriusa, ale też szerokie zastosowanie odkryć chemii i biologii, zmiany w sposobach fermentacji, świadome wykorzystanie drożdży, doświadczenia z wykorzystaniem surowców do destylacji pod kątem zawartości cukrów czy skrobi. Gorzelnie działają przy folwarkach i mnożą się, pączkują, ale to już nie tylko wiejska manufaktura, produkująca spirytus na okowitę i wywar jako paszę dla zwierząt. Już pojawiają się chłodnie, nawet laboratoria w gorzelni. Okowita jest coraz lepsza i przynosi coraz większe zyski. Powstaje ziemiańskie konsorcjum, Towarzystwo Spirytusowe, które nadzoruje obrót okowitą, w szczególności do wyszynków. Bo karczma wciąż jest tym miejscem, gdzie jest największa sprzedaż, butelki z okowitą to wciąż rzadkość, raczej sprzedaje się ją w beczkach doi szynków. W Warszawie bary oferują szeroki wybór trunków, w modzie jest piwo kuflowe, na prowincji chłopi piją jednak niemal wyłącznie okowitę. Właściciele folwarków dostarczają alkohol do szynków. Polscy karczmarze konkurują z żydowskimi i jest tu tradycyjnie dużo niechęci. Poza tym w kościołach rozwija się ruch wstrzemięźliwości, księża nawołują do abstynencji, ale bez większego sukcesu. Naród okowitę kupuje, folwarki się rozwijają. „Suma zadowolenia, jaką ludzkość czerpie z używania alkoholu, stanowi wyłącznie o jego rozpowszechnieniu”, konkluduje postępowy ziemianin, August Strumski, którego ojciec i dziadek również prowadzili gorzelnię. „Krajowy gorzelnik ma przed sobą jeszcze rozległe pole działania, apostołowie wstrzemięźliwości niepotrzebnie robią tak wiele hałasu. Faktem jest, że narody pijące są krzepkie, energiczne i wytrzymałe w ekonomicznej walce o byt. Ciężki jest zarobek na chleb, a jednak człowiek do tego wielkiego brzemienia pracy dorzuca jeszcze ciężarek nowy, aby mieć przyjemność wychylenia czarki alkoholu” – pisze Adolf Dygasiński. W tle tej bardzo interesującej opowieści o gorzelnictwie, są też perypetie miłosne bohaterów, spory pokoleniowe, zawiści i intrygi, jest oczywiście pijaństwo, złodziejstwo, bandytyzm, ale wszystko to na drugim planie i o wiele mniej zajmujące, niż historia gorzałczanego biznesu.

Alkoholowe dzieje Polski – czasy wielkiej wojny i II Rzeczypospolitej

Trzeci opasły tom alkoholowej historii Polski, tym razem obejmujący okres zaledwie 25 lat. Co to jednak były za lata! Pierwsza wojna światowa, odzyskanie niepodległości, szalone lata dwudzieste, Skamander, awangarda, futuryzm, Witkacy, narkotyki, eter, dansingi, teatrzyki, życie kawiarniane, czas radości, rozczarowań, obaw, ale najgorsze – jak anonsuje Besala dalszy ciąg swojej opowieści – dopiero ma nadejść.

Czytaj więcej

Gorzelnia Turew

Turew jest jedyną gorzelnią działającą nieprzerwanie od kiedy powstała, czyli od 1918 roku, choć tradycje gorzelnicze w tym miejscu są znacznie dłuższe, na terenie majątku Chłapowskich robiono spirytus już w XVIII wieku. Książka jej poświęcona ukazała się z okazji stulecia zasłużonego zakładu, który dzisiaj pełni też rolę edukacyjną, jako niezwykłe żywe muzeum.

Czytaj więcej

Combier

Destylarnię założył Jean-Babtiste Combier, który w 1834 roku jako pierwszy opatentował recepturę likieru triple sec, robionego na skórkach słodkich i gorzkich pomarańczy z Haiti (curaçao). Likier narodził się w jego sklepiku kolonialnym na rogu ulicy Saint-Jean w miasteczku Saumur, gdzie Combier wkrótce zbudował destylarnię. Jego reputację zbudowało nie tylko triple sec, lecz także likier guignolet czy absynty.

Czytaj więcej

Mocne Alkohole w Polsce 2019

Może wydawać się dziwnym, a nawet mało trafionym, żeby przyglądać się kolejnej edycji „Mocnych Alkoholi w Polsce” – rocznik 2019. Z pewnością dadzą się słyszeć głosy: „ale to już było”, co mogło nowego się wydarzyć? Nic bardziej mylnego. Kolejna edycja przynosi naprawdę wiele nowości. Po pierwsze, liczba nowych producentów wzrosła i to znacznie, a portfolio pozostałych również się poszerzyło, dzięki czemu możemy łatwo rozpatrzyć się w tegorocznych trendach, czyli odpowiedzieć sobie na pytanie: „co się pije i dlaczego?”, co zresztą jest dodatkowo udokumentowane badaniami autora odnośnie samego rynku spirytusowego, więc struktury spożycia i produkcji.

Czytaj więcej

Natura zamknięta w butelce

Książka Anny Szubińskiej jest autorskim zbiorem nalewek, który nie powiela starych receptur jak większość tego typu publikacji. Dziennikarka w części korzysta z rodzinnych tradycji dziadka, w części z własnych eksperymentów, nie stroni od wykorzystywania alkoholi innych niż wódka i spirytus (rum, winiak, wino) czy owoców egzotycznych, a także oferuje różne ciekawe połączenia owoców i przypraw. Atutem jest zebranie przepisów nie alfabetycznie, jak to jest w zwyczaju, lecz wedle pór roku. Robimy nalewki zwykle ze świeżych, dostępnych okresowo owoców, a zatem najwięcej pracy przypada na lato i jesień, zimą można przygotowywać nalewki z suszonych owoców czy ziół oraz owoców egzotycznych, wiosną z: pędów, liści, kwiatów. A przez cały rok delektować się własnymi wyrobami i dzielić nimi z przyjaciółmi. Anna Szubińska podaje dokładne receptury, wraz z okresem maceracji i potem leżakowania, a także prozdrowotne działanie poszczególnych eliksirów.

Godfrey Spence „The Port Companion”

Syntetyczna publikacja dotycząca porto, jedna z najlepszych jakie są na rynku, szkoda, że od dawna nie było aktualizującego wydania. Autor przedstawia historię porto, angielskie wpływy w regionie, narodziny składów porto w Vila Nova de Gaia, przemiany jakie zachodziły w Dolinie Douro, potem przedstawia same winnice, najważniejsze ze 115 dopuszczonych do produkcji porto szczepów winogron, technologię winifikacji – przerwanej fermentacji i wzmacniania wina, a potem starzenia, wreszcie style porto. Dużą część zajmuje omówienie domów porto. Wszystkich ważnych historycznie, tych z Vila Nova de Gaia oraz nowych składów porto, które powstały po wejściu Portugalii do Unii Europejskiej w Piñhao i innych miastach nad Douro. Opisuje także najważniejsze wina, załącza własne oceny. Choć książka ma już ponad 20 lat, to wciąż może służyć także jako przewodnik po winach, oczywiście bez ostatnich Vintage Port, ale najważniejsze style ruby, a zwłaszcza tawny pozostają wciąż takie same. Porto zbudowało swoją reputację na przywiązaniu do zasad, tradycji i terroir, więc zmiany tutaj docierają tylko w zakresie ekonomii i higieny produkcji, ale jest to wciąż to samo wino, którym raczono się sto czy dwieście lat temu.

Rehabilitacja

Książka wieńcząca trylogię Wiktora Osiatyńskiego. Podział na trylogię jest trochę sztuczny, widać, że te książki powstawały razem, mogłyby ukazać się w jednym tomie jako Rehab(i)Litacja, ale autor z wydawcą tak zadecydowali. Książka z 2012 roku. Autor dużo mówi o pracy nad sobą, już nie nad alkoholizmem, ale nad wadami, nad pychą, nietolerancją, przerośniętym ego, pod którym kryje się strach. O zastępowaniu złych myśli zadowoleniem i poczuciem sukcesu. „Rehabilitacja” to już książka pisana przez zdrowego człowieka, bardziej o odczuwaniu bliskości i funkcjonowaniu w społeczeństwie, niż o problemach z piciem. To także forma rozliczenia z przeszłością, z błędami lat minionych, próba zadośćuczynienia za kłamstwa, krzywdy, uniki, upokorzenia. Przy czym wybaczyć, to nie znaczy zapomnieć, a zadośćuczynić, to nie znaczy zaprzyjaźniać się. „Umiarkowanie jest trudniejsze niż całkowita abstynencja”.

Czytaj więcej

Litacja

Druga część trylogii Wiktora Osiatyńskiego, książka ukazała się w 2012 roku, blisko 30 lat po tym, jak autor na zawsze przestał pić. „Cała ta książka ma dla mnie takie znaczenie – że się pogodziłem. Nie wiem, co świat pomyśli, ale ja to dla siebie zrobiłem, podarowałem sobie własne życie” – mówił po jej napisaniu Wiktor Osiatyński.

Czytaj więcej

Rehab

Pierwsza część trylogii Wiktora Osiatyńskiego, książka ukazała się w 2003 roku i od razu zyskała duży rozgłos i bardzo przychylne recenzje. Szczere do bólu wyznanie niepijącego alkoholika, przedstawiające pierwsze tygodnie wychodzenia z nałogu poprzez pracę w ośrodku zamkniętym Anonimowych Alkoholików w USA, gdzie Osiatyński pracował jako wykładowca w latach 80. Przedstawia rodzącą się świadomość, krok po kroku, o tym, że życie jest całkowicie podporządkowane nałogowi. „Alkoholizm to rak duszy”, pisze Osiatyński. Alkohol daje schronienie przed lękiem, ale niszczy wszystkie więzi, uczuciowość, poczucie godności i odpowiedzialności. Osiatyński pisał o upadkach, o próbach odstawienia alkoholu, o oszukiwaniu się, że kontroluje picie, że przecież nie pije codziennie, że pracuje, że odnosi sukcesy. Wszystko to piramidalne oszustwo. Jak rak, alkohol kęs po kęsie odbiera życie.

Czytaj więcej

Grappa

Przed autorem jakiejkolwiek publikacji na temat grappy stoi zawsze nie lada wyzwanie. Wiąże się to przede wszystkim z niesławnymi skojarzeniami jakie budzi sam trunek. Do tej pory na grappę patrzono w dwójnasób, choć w obu przypadkach negatywnie – z jednej strony kuriozum turystyczne przywiezione z wojaży, z drugiej tania berbelucha, po której musi boleć głowa. Z myśleniem tym stereotypowym, ale mającym w sobie ziarno prawdy – bo gros grapp przez długi czas, niestety, nie szło w parze z jakością – zrywa najnowsza książka Łukasza Gołębiewskiego, swoiste opus magnum, będące efektem trzyletnich badań. Śledzi ona zawiłą drogę, jaką grappa przebyła od ludowego, wręcz ludycznego bimbru, aż do wkroczenia na salony poprzez swoje bardziej wykwintne odmiany jak vecchia czy riserva. Autor podróżuje więc od rodziny do rodziny i dowiaduje się niuansów nie tylko produkcji, ale pasji, jaką w danej, wielopokoleniowej oczywiście familii zaszczepił pradziadek czy nawet prapradziadek. Mimo, że książka jest autorstwa Łukasza, często staje on z tyłu, z boku i pozwala mówić swoim rozmówcom, a Ci mają wiele do powiedzenia. Uważny czytelnik dowie się, w jakich porach zbierane są wytłoki, czy są mieszane czy nie, o specyfice drożdży, całe know-how jest na kartach tej książki, a każdy z rozmówców aż się wyrywa, żeby się pochwalić, że tylko u nich jest taka aparatura, tylko u nich wprowadzono i opatentowano technologię przechowywania wytłoków, czy wreszcie tylko oni macerują w grappie czarne oliwki. Żeby nie wspomnieć, że u nas fermentuje się dobrze, a gdzie indziej niekoniecznie. Jakże rodzinnie i włosko, nieprawdaż? Bo grappa to nie tylko lakierowaty bimber praprapradziadka, ale pasja i rodzina, czyli Włochy w pigułce, a raczej w kieliszku.