Teaspooned whisky, to nic innego jak dodanie niewielkiej ilości whisky z innej destylarni po to… by zepsuć zawartość całej beczki, albo wręcz cysterny. Po co to się robi? Tylko po to, by chronić własną markę, a jednocześnie zagospodarować nadwyżki destylatu.

Tak naprawdę rzadko dotyczy to już odleżakowanej whisky, często jest to „zepsucie” świeżego destylatu, po to żeby od razu wypuścić go w świat do niezależnych firm butelkujących (i leżakujących) alkohole. W przyszłości trunek nie będzie mógł być butelkowany jako dajmy na to Glenfiddich, co wcale nie znaczy, że organoleptycznie powstanie coś gorszego. Owo „zepsucie”, to odebranie prawa do własnej marki, ale także odebranie prawa do butelkowania trunku kiedykolwiek jako single malt. Choć jest to w 99,9% single malt, to zostanie zabutelkowany jako blended malt. W oczywisty sposób wpływa to na cenę – zarówno w momencie zakupu destylatu, jak i sprzedaży już zabutelkowanej whisky.
Wtajemniczeni potrafią rozpoznawać teaspooned po nazwach, gdyż bottlerzy często posługują się ujednoliconym kodem, a i sprzedający ma własne oznaczenie. Przykładowo wspomniany Glenfiddich (z łyżeczką np. Kininvie) opuszcza destylarnię pod marką Wardhead, a np. Duncan Taylor będzie go zawsze butelkował jako Beldorney. Przykłady są zebrane w tabeli.

Nazwa handlowa destylarni

Etykietowanie w Duncan Taylor

Skąd pochodzi

Aldunie

Auchindoun

Kininvie

Ardlair

Culdrain

Ardmore (tylko nie torfowa)

Burnside

The Huntly

Balvenie

Dalrymple

Drumblade

Ailsa Bay

Glenfarclas

An Iconic Speyside

Glenfarclas

Wardhead

Beldorney

Glenfiddich

Takie firmy, jak William Grant nie pozwalają butelkować swoich marek niezależnym bottlerom. Ale potrzebują różnych profilów whisky do własnych blendów, a zatem muszą prowadzić wymianę, skupować destylaty choćby z Islay. William Grant ma wprawdzie cztery własne destylarnie single malt (Glenfiddich, Balvenie, Kininvie i Ailsa Bay), ale brakuje im mocno torfowego profilu. Wymieniają się z innymi dużymi graczami, jak: Diageo, Pernod Ricard, Edrington, raczej nie poszukują destylatów do swoich blendów na wtórnym rynku. Umowa z dużymi daje pewność, że całość takiej wymiany rzeczywiście pójdzie do blendów. A w przypadku whisky blendowanych właściciel marki potrzebuje dostępu do jak najszerszej gamy beczek. Dla Diageo ważne będą np. rześkie, jabłkowe nuty destylatu Glenfiddich i gotów będzie wymienić się na słoną i dymną Caol Ila, Edrington chętnie wymieni swoją pikantną, mineralną Highland Park na miodową, orzechową i pełną owoców pestkowych Balvenie.
W innej sytuacji są niezależni bottlerzy, traktowani często po macoszemu. Niezależny bottler z niektórych destylarni otrzymuje zawsze destylat „skażony” dodatkiem czegoś innego. Warto zwrócić uwagę np. w WhiskyBase, że od lat 70. Glenfiddich czy Balvenie nie były butelkowane jako single malts poza macierzystymi destylarniami. Te marki zazdrośnie strzegą prawa do wykorzystywania własnej nazwy na butelkach.
– Kiedy pracowałem dla William Grant & Sons widywałem nie raz jak podjeżdżała cysterna i wlewano do niej 50 tys. litrów destylatu z Glenfiddich. I cysterna zawsze musiała czekać, aż ktoś przyniesie z pobliskiej Balvenie pięciolitrowy kubełek i wleje go do cysterny, zmieniając na zawsze zawartość w blended malt – wspomina Fergus Simpson, obecnie ambasador whisky w Duncan Taylor. – Robią tak w każdej swojej destylarni i wiele firm ma u siebie w magazynach beczki z tymi destylatami, ale nie może na nich napisać Glenfiddich czy Balvenie, nie można nawet użyć nazwy handlowej jak Wardhead czy Burnside, a trzeba użyć alternatywnej nazwy – mówi Fergus.
Oczywiście, cały proces zwany teaspooned, w żaden sposób nie wpływa na właściwości organoleptyczne single malts, ma jednak ważne konsekwencje handlowe. Inną cenę uzyska trzydziestoletni Glenfiddich, a inna trzydziestoletnia whisky Beldorney. Warto jednak mieć świadomość, że teaspooned to najczęściej w pełni wartościowe single malts, choć z uwagi na łyżeczkę dziegciu w cysternie miodu butelkowane jako blended malt. Na dodatek nie jest to nic nowego! Niektórzy producenci zazdrośnie strzegli swoich marek już w XIX wieku, mieszając wychodzący destylat, by potem inny odbiorca nie mógł korzystać z ich reputacji. Do czasów eksplozji whisky single malt nie było to jednak ani częste, ani wizerunkowo istotne.
Pozostaje mieć nadzieję, że obyczaj nie stanie się trendem dla destylarni, gdyż gdyby tak się stało, to zostalibyśmy pozbawieni możliwości obcowania ze wspaniałymi nieraz efektami pracy niezależnych bottlerów, którzy nawet wiele lat po wygaszeniu alembików potrafią zabutelkować jakąś unikatową beczkę z dawno nie istniejącej, ale jednak nazwanej na butelce, destylarni.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Subskrypcja newsletter

Najnowsze wpisy wprost do Twojej skrzynki e-mail