Mamy za sobą czwartą edycję Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze. Świetna atmosfera zabawy, dwa znakomite koncerty, pokaz fajerwerków, piękna pogoda, morze, przyjaciele z całej Polski i dużo whisky. Niestety, wstyd to powiedzieć, chyba w tym roku dla niektórych nawet za dużo whisky.

Książeczka GOT
Dotychczas wszystkie festiwale whisky w Polsce przebiegały we względnie trzeźwej atmosferze. Względnie, bo wiadomo, że konsumuje się w trakcie imprezy bardzo dużo alkoholu. Przychodzą jednak osoby odpowiedzialne, znające możliwości własnego organizmu. Zdarzało się, że ktoś przysnął w kącie, zdarzały się jakieś wymioty w toaletach czy stłuczone kieliszki, ale w tym roku w Jastrzębiej Górze byliśmy niejednokrotnie świadkami regularnego pijaństwa, jakby to były zawody, a nie zabawa. Dobrym podsumowaniem może być wypowiedź anonimowego człowieka, którego mijałem wychodzącego z toalety: „Trzeci raz już dzisiaj rzygałem, ale wracam walczyć dalej”. Inna scenka, zataczający się mężczyzna, nie młody już, krąży od stoiska do stoiska, zostały mu cztery kupony z całej książeczki, wypytuje, czy to tu może je zrealizować. Pod koniec festiwalu kwestował po stoiskach inny pan z kuponami na darmowe sample, zebranymi z kilku książeczek, i wyciągał słoik. Kazał lać do niego wszystko bo „on za to zapłacił”. Wątpię by zainspirowały go warsztaty z blendowania.
Pomysł z kuponami na darmowe whisky nie wypalił. Były w nim 44 bezpłatne sample i nie brakowało osób, które postanowiły spróbować wszystkiego. W efekcie już pierwszego dnia po południu na niektórych stoiskach nie było ani jednej darmowej whisky, a drugiego dnia już na większości stoisk wystawcy rozkładali ręce. Ludzie pokazywali vouchery na bezpłatne sample i słyszeli, że się skończyły. Nikt nie był przygotowany na to, co przypominało przejście szarańczy.
Pomysł z książeczką z kuponami na darmowe alkohole nie był zły, pozwalał zorientować się w ofercie festiwalu, byłby nie najgorszą promocją dla każdego stoiska, ale – niestety – zbyt wiele osób potraktowało to jak książeczkę GOT i ruszyli zdobywać kolejne szczyty – w formie coraz większej liczby promili.
Na dokładkę znów brakowało powszechnie dostępnej, bezpłatnej wody do picia, więc nie jeden traktował alkoholowe orzeźwiające koktajle jak napój energetyzujący, co kończyło się jeszcze szybszym upiciem. Jeżeli w przyszłym roku także ma być książeczka z voucherami festiwalowymi, to może warto co najmniej cztery strony w niej poświęcić nie whisky, a wodzie mineralnej.
Pochwalić natomiast należy ochronę. Działali szybko, dyskretnie, zdecydowanie, a jednocześnie grzecznie. Nawet jeśli musieli kogoś wyprosić, to robili to zapewniając: „Proszę trochę odpocząć, a potem zapraszamy ponownie”.

Jakie były whisky?
Tyle o problemach, teraz o przyjemnościach. Whisky było dużo, więc jej miłośnicy mieli w czym wybierać. Wystawcy przygotowali kilka premier. Stoiska były ciekawie zaaranżowane, część z nich szerzej niż poprzez butelki wprowadzało w świat destylarni czy gatunku whisky. Najciekawsze, najbogatsze w atrakcje stoisko miał Jack Daniel’s, z grami i z wirtualnym zwiedzaniem destylarni. Różne gry i zabawy były na stoiskach Tullamore Dew, Grant’s, Dewar’s czy Pinot. Glenfiddich oferował pamiątkowe zdjęcia polaroidowe, Maker’s Mark pokazywał jak lakowane są butelki bourbona, a przy okazji rozdawał unikatowe szklanki do whisky z podstawą pokrytą lakiem. Jameson w wersji Caskmates (z beczek po piwie) pokazywał się w połączeniu z ciemnym krafowym piwem. Na wielu stoiskach oferowano świetne koktajle – Ardbeg, Glenmorangie, Pimp My Vodka, Jack Daniel’s, Monkey Shoulder, Bulleit i wielu innych, nawet Wolf Distillery miało swój orzeźwiający „kompocik” wzmocniony okowitą zbożową. Jak zwykle zadbano o część edukacyjną. Jeszcze nigdy nie było w jednym miejscu tak wielu sesji masterclass i wykładów, prezentacji, przez dwa dni spotkania edukacyjne odbywały się równolegle na trzech salach.
Do Jastrzębiej Góry przyjechało wiele znanych osobistości ze świata whisky. Właściwie przez cały czas w zasięgu wzroku byli znani autorzy piszący o whisky – Charles MacLean i Jarosław Urban. Byli prezesi wielu polskich firm importujących whisky oraz polscy ambasadorzy marek, było wielu znanych barmanów. Byli również przedstawiciele zagranicznych destylarni i firm butelkujących, m.in.: Andy Bell, Colin Hampden-White, Stuart Thompson, John Quinn, Kirsten Grant Meikle, Brian Houston, Andy MacDonald, Donald MacLellan, Fergus Simpson, Andrew Sweeney, James Kiernan, Franchi T. Ferla, Simon W. Roser. Było zatem od kogo się uczyć, z kim wymieniać opinie, zwłaszcza że większość gości dostępnych była na stoiskach wystawców i chętnie zdradzali tajniki destylarni oraz wybranych produktów. Można było też popróbować new make spirit czy niebutelkowanych próbek prosto z beczek, dowiedzieć się o składzie whisky blendowanych, w tym rzeczy, których nigdzie nie publikuje się oficjalnie.
Dodajmy, że sprawnie działała kuchnia, może nie najsmaczniejsza, ale oferująca dania szybko, dzięki czemu nie było kolejek ani do jedzenia, ani do stolików.
Festiwal dał pełen przegląd whisky, która jest w ofercie uczestniczących w nim firm i był to przegląd mniej więcej 75% tego, co można w Polsce kupić – zarówno w markecie, jak i w specjalistycznym sklepie. Andrzej Kubiś, twórca festiwalu i konceptu Domu Whisky, jak co roku wystawił wiele z unikatowych butelek z kolekcji jego barów, w niezwykle atrakcyjnych cenach, rozlewanych na kieliszki.
Premierowych whisky na festiwalu było bardzo dużo, wspomnę więc tylko o tych, które na mnie zrobiły dobre wrażenie. O whisky znanych, nawet wspaniałych, pisać nie będę, bo powstałaby z tego książka.
Roe & Co Batch 1 (45%) to nowy irlandzki blend ze stajni Diageo, ładnie skomponowany – słodycz klementynek, brzoskwiń, kawy z mlekiem, zmieszane z bakaliami, orzechami laskowymi.
Bulleit 10YO (45,6%) bourbon, słodki przyjemny aromat kukurydzy, trochę przypraw prowansalskich, rozmarynu. W ustach nuta imbiru, lakieru, gorzkich ziół, ale całość delikatna. Piołun, majeranek i sporo kukurydzy.
Scottish Leader Supreme (40%) to blendowana whisky z odrobiną miodu wrzosowego – przyjemna do koktajli.
Writers Tears CS 2016 (53%) irlandzka single malt z destylarni Walsh, smak i aromat słodki, maślany, truskawki, ale też trochę wędzonego ziarna.
Glen Scotia 25YO (48,8%) w nosie: miód, koszona trawa, ananas, butterscotch, zielone jabłko, w smaku imbir, cynamon, trochę goryczki.
Inchmoan 12YO Peated (46%) to ciasteczka maślane, toffi, torf i jod.
Inchmoan 1992 Peated (48,6%) znów słodko, ale do ciasteczek maślanych i toffi dochodzą czerwone owoce – poziomki, maliny, jest sporo dymnego torfu.
Tamnavulin Double Cask (40%) to whisky, która leżakowała w beczkach po bourbonie i sherry, nie wiadomo jak długo, ma nuty słodkie od sherry, ale też i dymne, wędzone, ziarniste.
Shackleton (40%) to blended malt, whisky odtwarza recepturę starego blendu Mackinlay’s, jest wokół niej ciekawa historia, zresztą to kolejna próba odtworzenia smaku Mackinlay’s. W aromacie dużo ziarna, winogrona, ananas. W smaku: prażone ziarno, jodyna, dym i słód.
Wolf Smoky #1 CS (60,5%) whisky z beczki z polskiego dębu, oferowana podczas masterclass, a sama beczka była licytowana podczas trwania festiwalu. Zaskakująca swojskim smakiem oscypka, w połączeniu ze słodyczą powideł, harmonizująca z nutami wędzonej śliwki.
Lucullan Bunnahabhain 28YO (43,5%) to jedna z trzech whisky wydanych w nowej luksusowej serii butelek Stilnovisti. Bardzo rześka jak na swój wiek, w aromacie: brzoskwinie, banany, ananas. W smaku delikatna – słód, ananas.
Lucullan Carsebridge 52YO (43%) zabutelkowana w 1964 roku whisky single grain, beczki po bourbonie. W nosie: wiśnie, winogrona, banany, mango. Smak masła orzechowego.
Lucullan Glen Keith 21YO (56,7%) w nocie: ananas, brzoskwinie, dojrzałe jabłka, banany, melon, gruszka. W ustach słodycz gruszki Williamsa i ziemista gorycz gencjany.
Drago Grain Whisky (43%) z destylarni na wyspie La Palma, a więc whisky hiszpańska. Aromat maślanych ciasteczek, smak chlebowo-mleczny, a finisz wytrawny.
Drago Blended Whisky (43%) w aromacie czekolada mleczna i majeranek, w smaku jabłka i wiśnie w czekoladzie.
Glendalough 7YO Black Pitts (46%) irlandzka single malt whisky, dodatkowo finiszowana przez 8-10 miesięcy w beczkach po porterze, którego słodycz jest wyraźna i w aromacie, i w smaku, czuć też zielone ziarno, imbir, pieprz.
Glengoyne CS (59,1%) to kolejna odsłona tej whisky w wersji butelkowanej z mocą beczki, w nosie ciasteczka maślane, biszkopty, a w smaku m.in. truskawki, śmietana, a i nuta dymna się pojawia.
The Big Smoke (46%) to blended malt whisky ze stajni Duncan Taylor, zawiera destylaty z: Bowmore, Bruichladdich i Caol Ila, gra kontrastami: torf i toffie, jodyna i mleczna czekolada.
Whisky Galore 10YO (40%) to blended malt whisky, ale głównie Glenfarclas, tyle że leżakowany w beczkach po bourbonie, nie po sherry, więc znajdziemy tu aromaty słodkie, typowe dla amerykańskiego dębu – waniliowe, maślane, jest też trochę wędzonego ziarna, a w smaku całkiem sporo jabłka. Poza Glenfarclas są tu destylaty z każdego z regionów whisky w Szkocji.
Balblair 1997 (48,5%) – butelkowana w tym roku specjalnie dla firmy Pinot z Łodzi. W nosie słone paluszki, w smaku zielone jabłuszko i prażone ziarno.
Old Pulteney 19YO CS (58%) z amerykańskiego dębu, w aromacie maślane ciasteczka, toffi, truskawka, słód i wanilia. Smak nieoczekiwanie ziołowy: tymianek, majeranek, ale też orzech włoski, maliny, czerwona porzeczka.
Old Pulteney 25YO (46%) przez część czasu (około 1/3) leżakowała w beczkach po sherry, w nosie: czekolada z wiśnią i likierowe wino, w smaku toffi, słodko, waniliowo, są też wiśnie, są nuty maślane.
Old Pulteney 1983 (46%) w nosie brzoskwinie i morele, fiołki. Smak łagodny, herbaciany, trochę skóry, trochę orzecha włoskiego, liści.
Old Pulteney 1990 (46%) częściowo starzona w beczkach po whisky z Islay, co czuć. W nosie: solone paluszki, truskawki, maliny i torf. W smaku: dużo soli, maślane ciasteczka i torf. Czyli – konsekwentna. Raczej nie powtórzy sukcesu edycji 1989.
Arran The Bothy CS (55,2%) z beczek quarter cask, w nosie słone paluszki, gruszka, śliwka, trochę rozmarynu. W smaku bardzo wytrawna, cierpkie wiśnie, agrest, porzeczki.
D’Arche 5YO (46%) francuski blend z beczek po sauternesie, właściwie francusko-szkocki, bo destylaty ze Szkocji. W nosie – masło, brzoskwinie, morele, w smaku owoce – gruszki, jabłka i jeszcze zielone ziarno.
Catto’s 25YO (40%) blendowana elegancka whisky, o aromacie likierowego wina, gruszek, jabłek, ziarna. Smak słodki, ale są i nuty słone, i drożdżowe. Bardzo mocno czuć sherry, taniny starej beczki, orzechy włoskie, ale też jabłka i śliwki.
I jeszcze kilka ciekawych nowości, które nie są whisky, ale mogą się nimi stać, jak sobie poleżą w dębie.
Bimber Rozlany Nocą (41%) z destylarni Piasecki – aromat ziaren, w ustach mleczna czekolada i świeża kukurydza na kolbie.
Glendalough Poitin (40%) słodowany destylat przez krótki czas leżakowany w irlandzkim dębie, w aromacie i smaku bardzo czuć ziarno, jakby wyszła prosto ze śrutownika.
Kingsburns Spirit Drink (63,5%) to próbka możliwości nowej destylarni Kingsburns z Five. Maślane ciasteczka i jabłka, do tego zielone, soczyste ziarno.
Nie jestem w stanie wskazać najlepszej whisky festiwalu. Większość znakomitych whisky, które pokazano w Jastrzębiej Górze, próbowałem już dużo wcześniej. Z debiutów było kilka bardzo ciekawych pozycji, ale żadna z nich nie deklasowała rywali. W rezultacie najlepsza whisky jaką próbowałem w Jastrzębiej Górze była poza konkurencją, gdyż pochodziła z prywatnych zasobów Fergusa Simpsona i nie była prezentowana. Zabraną ze sobą butelką (jedną z wielu z własnej kolekcji) Fergus szczodrze mnie częstował, ponieważ jednak nie jest dostępna w Polsce, a pewnie nie jest dostępna już nigdzie poza aukcjami, to nie będę w ogóle wymieniał jej czcigodnego imienia. Oczywiście wspaniałych, unikatowych, starych edycji nie brakowało w barze Domu Whisky, kto nie ganiał od stoiska do stoiska z kuponami na darowe sample, ten mógł korzystać z okazji i rozkoszować się rarytasami w całkiem przystępnych cenach.

Muzyka i zabawa do rana
Jeśli ktoś uważa, że bilet wstępu był w tym roku za drogi, to prawdopodobnie nie korzystał ze wszystkich festiwalowych atrakcji. Nie sposób nie wspomnieć o tegorocznej oprawie muzycznej. Dwa świetne koncerty znanych wykonawców. Choćby dla tych występów warto było być w Jastrzębiej Górze. Pierwszego wieczoru do tańca przygrywał Kuba Sienkiewicz i Elektryczne Gitary. Drugi wieczór był w cięższym rytmie rocka, z przerwą na balladę o białym misiu. Na scenie rządził Tymon Tymański, a festiwal zakończyły dwa wspaniałe standardy rocka – „Sunday Morning” Lou Reeda i Velvet Underground oraz „Riders on the Storm” Jima Morrisona i The Doors.
Potem był pokaz fajerwerków, szkoda że tak krótki. Niebo nad Domem Whisky i festiwalem rozgwieździło się dziesiątkami barw, spadały komety, eksplodowały gwiazdy. A chwilę po tym jak Andrzej Kubiś oficjalnie zakończył imprezę, ruszyła zabawa do rana, nakręcana przez DJ’ów i whiskey Jameson, która sponsorowała afterparty.
Za rok znów będę w Jastrzębiej Górze. Mam nadzieję, że organizatorzy wspólnie z wystawcami znajdą sposób by, nieładnie mówiąc, oddzielić ziarno od plew. Noblesse oblige, wszak to festiwal whisky, więc szanujmy ziarno.

Komentarze

Komentarze

  1. Wydaje mi sie, ze w książeczce bylo 88 pozycji, 22 strony po 4 trunki ale nie zweryfikuje tego na ten moment,

  2. Recenzja z pobytu na Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze obiektywnie, treściwie opisana
    i w moim odczuciu w pełni oddaje to co sam widziałem będąc na festiwalu 🍷 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Subskrypcja newsletter

Najnowsze wpisy wprost do Twojej skrzynki e-mail