W wiosce Vlčnov, jakieś 15 minut drogi od Uherské Hradiště, jest świetne muzeum destylacji ludowej, czyli mówiąc wprost – bimbrownictwa. Muzeum powstało w 2010 roku, żeby pokazać tradycje regionalnego wyrobu śliwowicy i innych destylatów owocowych, z czego Morawy słyną od wieków. Tradycje destylacji owoców podobno sięgają tu przełomu XIII/XIV wieku, wiedza o destylacji przyszła przez Austrię z Włoch. W XVII stuleciu nadano przywilej propinacji i destylacji tylko dla czeskiej szlachty. W 1835 roku, w ramach CK Monarchii, Morawy uzyskały prawo do destylacji bez opodatkowania 56 l alkoholu owocowego o mocy 50% w tych gospodarstwach, gdzie były owocowe sady. Inne regiony nie miały takiego przywileju, w rezultacie liczby destylarni na Morawach w XIX wieku nie sposób zliczyć.


Muzeum powstało w 2010 roku, żeby pokazać tradycje regionalnego bimbrownictwa. Pokazuje m.in. aparaty skonfiskowane przez policję. Jest tu śliwowica z 1914 roku, przetrwała zakopana w ziemi cała beczka. Są stare aparaty, stare receptury, butelki i etykiety.
Krótki film pokazuje tradycje pędzenia i konsumowania śliwowicy na Morawach. Po destylacji spirytus ma ok. 80% i jest rozcieńczany do 50%. Kiedyś w domach do pędzenia służył klobouk, czyli stawiany na piecu aparat, przypominający czajnik czy samowar. W większych destylarniach stawiano miedziane aparaty o pojemności 50-70 l. Pierwsza destylacja nazywana była lajtr. Drugą destylację dzielono na frakcje – pierwsza nazywana była zając, ostatnia – kyselka, w środku było, oczywiście, serce.
W muzeum nie można popróbować destylatów i to jego największa wada. Ulokowane jest w… starej stodole, nigdy nie było tu prawdziwej destylarni. Można za to kupić śliwowicę czy okowitę z gruszek lub moreli z pobliskiej destylarni Žufanek.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Subskrypcja newsletter

Najnowsze wpisy wprost do Twojej skrzynki e-mail