Rekordowa liczba, ponad 58 tys. osób ze 130 krajów, odwiedziła odbywające się w dniach 19-21 marca w Düsseldorfie targi ProWein. W imprezie wzięło udział 6500 wystawców z 60 krajów, w tym ok. 300 firm reprezentujących branżę spirytusową. Nie zabrakło firm z Polski – AWW, Polanin, Piasecki, Tarpan, Jantoń, Bartex-Bartol, Toruńskie Wódki Gatunkowe, pokazaliśmy przede wszystkim bogatą ofertę wódek i nalewek, a także miody pitne, czyli tego, z czego Polska jest na świecie znana.

Poruszać się w tym morzu alkoholu jest bardzo ciężko. Wyroby spirytusowe teoretycznie są co roku ulokowane w tym samym miejscu, niewielkiej części pawilonu 12 (przylegają do Francji), ale w rzeczywistości są porozrzucane po wszystkich wielkich halach, czyli trzeba ich wypatrywać pośród butelek win. Grecy pokazują swoje ouzo i tsipouro, Włosi grappy, Hiszpanie brandy de Jerez, Austriacy i Niemcy sznapsy, Francuzi koniaki, armaniaki i kalwadosy itd. Aby to ogarnąć nie wystarczyłoby 365 dni pracy bez wytchnienia, tymczasem na wszystko są tylko trzy dni, w dodatku tylko do godziny 18., potem targi są zamykane (w praktyce można buszować nawet do 21., bo na części stoisk odbywają się rozmaite party). Co roku planuję jakiś system zwiedzania i degustowania, i co roku ten system bierze w łeb zaraz po wejściu, bo coś ciekawego, a niespodziewanego, wyrasta mi na drodze. Przyciąga, wabi, kusi – chodź, spróbuj, jestem dobrą wróżką. Głowa następnego dnia boli.
Staram się każdego roku koncentrować na nowościach, na produktach nowatorskich, oryginalnych lub wybitnych. Są stoiska, które odwiedzam każdego roku, bo wiem, że zawsze przygotują coś wyjątkowego, i takie, które odwiedziłem raz i mam poczucie, że o raz za dużo. Ale – jak wiadomo – jak nie spróbujesz, to się nie przekonasz.
Relację starałem się uporządkować według gatunków alkoholi, wybrać nowinki i rodzynki. Spróbowałem przez te trzy dni około 250 nowych alkoholi, czyli siłą rzeczy każdemu poświęciłem zaledwie kilka minut uwagi, choć zdarzało się i tak, że na jednym stoisku spędzałem ponad dwie godziny. Oczywiście, były także takie trunki, którym chciałbym poświęcić znacznie więcej czasu i do nich powrócić w domowym zaciszu. I wcale takich trunków nie było mało. ProWein to wyjątkowa okazja, by spróbować alkohole wybitne, po ponad 1000 euro za butelkę. Wielka szkoda, że nie ma czasu by poświęcić im należną uwagę.

Koniak, armaniak i brandy
ProWein to targi winiarzy, a więc nie może na nich zabraknąć destylatów z win. Koniaków, armaniaków, brandy tu pod dostatkiem, trudno to wszystko zliczyć, ogarnąć, spróbować. Bo to przecież wielkie produkty francuskie, ale też brandy z Hiszpanii, w tym wspaniałe z systemu solera, z beczek po sherry, z regionu Jerez. A i z Portugalii, których należało szukać pomiędzy butelkami porto i muscatelu. Słodkie brandy greckie, taniczne gruzińskie, słoneczne brandy z Armenii i Mołdawii. Do tego z: Niemiec, Austrii, Włoch, Bułgarii, Serbii, Chorwacji, Ukrainy, Rosji… Z Australii i RPA, z USA i Indii. Trudno tu o innowacje, świat winiaków jest bardzo konserwatywny, a jeśli pojawiają się jakieś eksperymenty (finiszowania w beczkach po słodkich winach, dodawanie soku do koniaku etc), to są to zwykle niewypały. Siłą destylatów z win jest ich długowieczność, to, że lubią poleżeć w drewnie, nabrać ciała i tanin. Oczywiście na ProWein nie brakowało rarytasów, trunków, które pamiętają jeszcze czasy sprzed II wojny światowej, wlewanych do beczek przez pradziadków obecnych mistrzów piwnic.

François Xavier Charpentier

Przegląd jest bardzo wybiórczy, wiele tych trunków i ich producentów opisywałem w poprzednich latach w relacjach z ProWein, więc pomijam ich ofertę, jeśli nie błysnęli nowością. Ciekawą ofertę koniaków z destylarni Guerbé przedstawił jej obecny właściciel, François Xavier Charpentier. – Przez lata nasza firma większość swoich koniaków sprzedawała do kupaży Hennessy, teraz zaczęliśmy więcej sami butelkować. Mamy 54 ha winnic, wszystko to ugni blanc, bardzo dobre parcele w Grande i Petite Champagne. Destylujemy od pięciu pokoleń i obecnie mamy dwanaście alembików – opowiada François Xavier Charpentier. Duże wrażenie zrobił ich koniak Guerbé XO Gold, wypuszczony w 2016 roku z okazji 120-lecia firmy. To blend eau-de-vie w wieku 35-50 lat, wyłącznie z Petite Champagne, butelkowany z mocą 45%. Aromat: bakalii, kwiatów, pomarańczy, ale w ustach cygara i skóra, połączone ze słodyczą moreli.

Pablo Ferrand

Wspaniałe koniaki pokazał Pablo Ferrand, właściciel małej destylarni Pierre de Segonzac. Gorzelnia powstała w 1702 roku. Mają swoje niewielkie winnice w Segonzac, czyli w Grande Champagne, wyłącznie winogrona ugni blanc. Zaledwie 7 ha, to jeden z najmniejszych producentów koniaków w regionie. Dziadek Pablo to wielka postać w świecie koniaku – Pierre Ferrand. Dziś jego imię widnieje na butelkach dużej grupy kapitałowej, skupionej wokół La Maison Ferrand. – W wyniku różnych niezbyt udanych inwestycji rodzina straciła prawo do marki koniaków Ferrand, ale portret mojego dziadka, któremu wiele zawdzięczam, i od którego wszystkiego się nauczyłem, widnieje na moich butelkach – mówi Pablo Ferrand. W piwnicach firmy są beczki z eau-de-vie pamiętającymi czasy nie tylko dziadka, ale także pradziadka – najstarsze są z 1924 roku. Do starzenia używają beczek z dębu Limousin, o pojemności 400-500 l. Prawie wszystkie beczki są bardzo stare, mają po 50-70 lat. – Nie lubię w koniaku zbyt wiele tanin drewna, wolę gdy są rześkie, owocowe – mówi Pablo. Alembik jest sterowany ręcznie. – Wstaję o trzeciej nad ranem, schodzę do destylarni, sprawdzam aromat spirytusu ściekającego z alembiku, a potem wracam spać. W środku nocy jestem lepiej wyczulony na aromaty, a uważam, że żaden komputer nie zastąpi nosa. Mogę sobie na to pozwolić, bo destyluję tylko przez 30 dni w roku. Do 2012 roku niemal cała produkcja trafiała do zestawiania kupaży Rémy Martin. – Wstrzymałem kontrakt z nimi, bo chcę sam wszystko butelkować – mówi Pablo. Koniak VSOP Pierre de Segonzac ma siedem lat, XO – piętnaście. Jest też trzydziestoletni XO Selection des Angnes i pięćdziesięcioletni Extra, o barwie likieru kawowego, aromacie pigwy, miodu, liści wiśni, herbaty, cierpkich jabłek i tytoniu. Perłą w koronie jest jednak koniak Pierre de Segonzac Ancestrale, kupaż alkoholi, które mają 70-75 lat. Dużo miodu, pigwy, wiśni, czarna herbata, orzechy włoskie. Rocznie sprzedawanych jest 200-250 butelek w cenie 350 euro za butelkę. To był najwspanialszy trunek, jaki próbowałem w tym roku na ProWein i jeden z najwspanialszych koniaków, jakie próbowałem w swoim życiu.
Inny bardzo dobry koniak, to ABK6 XO Renaissance, zestawiony z eau-de-vie w wieku 30-40 lat, w nosie: bakalie, figi, pomarańcze i banany. Ta bananowość (zielone banany) zaskakuje w smaku, dopełnia ją tytoń.
Dobre wrażenie zrobił armaniak z piwnic J. Damblat, edycja piętnastoletnia, więc dość młody, ale bardzo taniczny i wytrawny (tytoń, gorzka herbata), a jednocześnie z miłym słodkim akcentem (figi, rodzynki). Robiony z mieszanki winogron baco i ugni blanc, z beczek z dębu z Limousin oraz z czarnego dębu gaskońskiego.
Znakomicie prezentuje się armaniak butelkowany w wersji cask strength, wprost z gaskońskiego dębu – Veuve Goudoulin Bas Armagnac Brut De Fût 1973 (47,82%), z winogron ugni blanc i baco. W nosie miód i dębina, w ustach: słodkie winogrona, orzech włoski, lukrecja. Firma ma w swoich piwnicach beczki z armaniakami z XIX wieku, najstarszy z 1893 roku. To dopiero musi być poezja.
Szeroką ofertę armaniaków zaprezentowała firma Laguille, zwłaszcza ich Bas Armagnac 20 Ans, a także rocznik 1990 robią dobre wrażenie, mocno zbudowane, taniczne, ale z nutami owocowej słodyczy. Firma ma 65 ha winnic, z czego 15 ha przypada na produkcję armaniaku, reszta na wina. Destylują we własnej kolumnie, winogrona ugni blanc i baco. Do starzenia używają gaskońskiego czarnego dębu.
Castarède rocznik 1967 – w nosie pigwa, pieczone jabłka, morele, w ustach papaja i tytoń. Wspaniały armaniak zestawiany z winogron ugni blanc i baco.
I jeszcze brandy, z Włoch, z destylarni Zanin. Monte Sabotino 30 Ans, z francuskiego dębu. Piękny trunek, słodki – tu są: figi, rodzynki, maliny, truskawki, a w finiszu lody pistacjowe.

Kalwados
Producenci kalwadosów byli jak zwykle rozrzuceni bez ładu i składu po pawilonach 11 i 12. Jedni przy koniakach, drudzy przy szampanach, inni z armaniakiem. Obecne były znane w Polsce marki – Christian Drouin, Louis Lauriston, Coquerel i nie znane – Calvados Faucheur czy Roger Groult. To niewiele, jak na tak ogromną imprezę, wszystkiego razem może było 50 butelek. Duże wrażenie zrobił na mnie rocznikowy kalwados z chateau Coquerel – Marquis de La Pomme 1973, z dębu Limousin, aż gorzki, tak wytrawny.

Vincent Béjot

Obok kalwadosów oczywiście prezentowano inne jabłkowe i gruszkowe specjały, cydry i pommeau. Zupełną nowością był likier 30&40 Apéritif de Normandie. Butelkowany z mocą 23%, debiutował w ubiegłym roku. – Chciałem zrobić produkt z dłuższym finiszem niż w pommeau, a delikatniejszy niż kalwados – mówi Vincent Béjot, twórca likieru. – Postanowiłem zatem zmieszać trunki w proporcjach: 64% pommeau, które wcześniej dwa lata spędziło w dębowych beczkach, 33% trzyletniego kalwadosu oraz 2% pięcioletniego rumu z Belize. Rum jest może nie typowym składnikiem, ale warto pamiętać, że dużo normandzkich kalwadosów leżakuje w beczkach po rumach – mówi Vincent Béjot. Rezultat to połączenie waniliowej słodyczy i tanin liści tytoniu. Ten sam producent pokazał inną innowację, która nazywa się 30&40 Blanche. Jest to mieszanka rześkich jabłkowych eau-de-vie z regionu Pays d’Auge, destylowanych w szarentejskich alembikach z ostrzejszymi spirytusami, również z jabłek, ale wydestylowanych w kolumnach. Zero beczki, moc – 45%, a w aromacie jabłka i drożdże. W smaku już wyłącznie jabłka.

Whisky i whiskey
To nie jest festiwal whisky. Nie ma tu Diageo, Pernod Ricarda, Williama Grantsa, nie ma Jima Beama ani Jacka Daniel’sa. Nie ma dużych szkockich destylarni. Są małe firmy, i to nie koniecznie ze Szkocji. Każdego roku wystawiają się m.in. Angus Dundee, Duncan Taylor czy Teeling, także La Martiniquaise ze swoimi markami Label 5 i szkocką słodową Glen Moray czy Marie Brizard z William Peel, ale większość destylarni jest słabo znanych miłośnikom whisky. W tym roku silny szturm przepuścili Irlandczycy, byli najbardziej widoczni, część z nich wystąpiła na jednym stoisku, inni woleli pokazywać się osobno, ale były takie marki jak: Teeling, West Cork, Walsh, Libertines i Dubliner. Ciekawą kolekcję odleżakowanych, nawet dziesięć lat irlandzkich whiskey single malt i single grain, przedstawiła firma Egan’s. Nie destylują sami, a w maturacji moim zdaniem za nadto czuć beczki po bourbonie. Również z dziesięcioletnią whiskey z beczek po sherry i bourbonie wystąpiła marka The Wistler. West Cork miało premierę swoich whiskey torfowych (22 ppm), m.in. z beczek po sherry, bourbonie, ale też z irlandzkiego dębu z lasów Glengarriff.
Tradycyjnie kolekcję szkockich blendów w charakterystycznych butelkach jak piłka golfowa przedstawiła firma Old St. Andrews. Była też destylarnia Tullibardine. Po raz pierwszy w bardzo widoczny sposób prezentował swoje marki amerykański potentat, destylarnia Heaven Hill, właściciel takich marek jak: Elijah Craig, Evan Williams czy unikatowa Bernheim Original Kentucky Straight Wheat Whiskey. Wiele nowych whisky pokazali Niemcy i Austriacy, m.in. firmy: Liebl, Marder, Reisetbauer. Nie są to już tylko trunki, które mają po trzy czy cztery lata, lecz coraz częściej po dwanaście czy nawet piętnaście lat, często leżakowane w beczkach po lokalnych winach, tak słodkich, jak i wytrawnych, więc jest tego spora różnorodność, choć wciąż brakuje jakości. Nie da się zrobić dobrej whisky na aparacie do produkcji owocowej okowity, czego wielu producentów z Niemiec i Austrii wciąż nie chce przyjąć do wiadomości. Takim destylatom i sto lat w beczkach po sherry pedro ximenez wiele nie pomoże.
Z innych ciekawostek – kilka blendów pokazał jak zwykle hiszpański Beveland, kolejny raz obecne było francuskie Vicomte. Zupełną nowością była linia whisky single malt, które firmuje bardzo utytułowany producent owocowych eau-de-vie, G. Miclo. Ich młode jeszcze Welche’s Whisky robione są ze słodu browarniczego, z jęczmienia rosnącego w Alzacji, torfowanego i nietorfowanego, z beczek po sauternesie i winach burgundzkich. Nie oszukujmy się jednak, jeśli porównamy te whisky z eau-de-vie Poire Williams tego samego producenta, to jednak jest to inny rozdział. Okowity mają wspaniałe, whisky – płaskie. – Co z tego, że okowity są świetne, skoro ludzie nie chcą ich pić, wolą whisky – konkluduje, nie bez racji, pani na stoisku G. Miclo. Ja po stokroć wolę dobrą eau-de-vie od słabej whisky, ale wiem, że jestem w mniejszości. Jak mówi Pablo Ferrand, producent koniaków, wielu ludzi woli płacić za kolor alkoholu, nie za jego smak. Karmel jest tani, daje dużo ładnego koloru i jest zupełnie obojętny w smaku. Na szczęście coraz więcej firm ucieka od barwienia trunków karmelem. Francuskie whisky Welche’s również nie są barwione.
I była także polska whisky single malt – marka Highlander na stoisku destylarni Piasecki, trzy lata leżakowała w polskim dębie. Była też polska whisky blendowana – na stoisku firmy AWW – marka Charley’s.

Rum
Rumów było w tym roku pod dostatkiem, choć w wielu przypadkach były to małe destylarnie z ofertą młodych trunków do koktajli, albo firmy, które są na ProWein każdego roku i opisywałem je w poprzednich latach. Destylarnia Clément przedstawiła nową odsłonę swojego wspaniałego białego rumu Canne Bleu 2016, butelkowanego z mocą 50%, bardzo wytrawnego, o intensywnym aromacie przefermentowanej trzciny.
Niemiecki bottler, firma Ekte, pokazał nową linię rumów z ekologicznych, organicznych, upraw trzciny cukrowej z Hiszpanii i Paragwaju, z melasy i z soku z trzciny cukrowej. Organic Rum to inwazja czerwonych owoców – wiśnie, czereśnie, truskawki i poziomki. W serii Organic są także gin i wódka.
Wielki rum, to Centenario Real. Destylarnia z Kostaryki, trunek był starzony w systemie solera przez 15-30 lat. W nosie przefermentowana trzcina i ziarna kawy oraz stara piwnica. W ustach: poziomki, wiśnie, czereśnie, czekolada, miód.
Kolejny wspaniały trunek, to Edición Gatún Panama 1914. Spedził ok. 22 lata w solerze, w beczkach po bourbonie,. W aromacie czuć kukurydzę i wanilię, a w ustach – pomarańcze i cukier trzcinowy. Rok w nazwie odnosi się do otwarcia Kanału Panamskiego.

Gin

Antto Melasniemi i Annika Stenvall

Świat ginów rozrasta się, pęcznieje, ładnieje. To już dawno nie jest tylko składnik koktajli, poza wielkimi markami, większość producentów myśli o tym, czym zaskoczyć w kieliszku konsumenta, który będzie pił gin solo, w temperaturze pokojowej, w degustacyjnym kieliszku z kominkiem, koncentrującym aromaty, w jakim zwykło się podawać grappy. Nie ma już sensu oceniać giny pod kątem innowacji, bo ten wyścig próżności doprowadził już do macerowania w spirytusie z jałowcem muszli małż czy pancerzyków krabów. Podaję to, co mi zwyczajnie bardzo smakowało.
Duże wrażenie zrobił fiński gin Tenu, który powstaje na granicy fińsko-rosyjskiej, w Karelii, w Monastyrze Wałaamskim, położonym na wyspie na Jeziorze Ładoga. Mnisi mają tam destylarnię, robią whisky oraz spirytus z pszenicy na gin. – Składniki, które dodajemy do ginu pochodzą z tajgi, to lokalne korzenie, kwiaty, zioła. Destylujemy bardzo wolno w miedzianych aparatach Holstein, odbieramy spirytus z mocą 60% – opowiada Antto Melasniemi, twórca ginu Tenu. Efekt jest zaskakujący – w ustach omszałe korzenie, ale też warzywa: marchew, pietruszka, ogórek, a i dzika róża.
Pierre Ferrand pokazał zaskakującą edycję ginu Citadelle – Old Tom 2016. Leżakowany w mocno wypalonych beczkach po koniaku – miód, wanilia, słodka herbata, można się nim delektować jak whisky.
Inną ciekawostką był gin z beczek po kalwadosie, wypuszczony przez jednego z najbardziej cenionych producentów złotego trunku z Normandii, firmę Christian Drouin. Le Gin Calvados Cask Finish jest zarówno w aromacie, jak i smaku bardziej jabłkowy niż jałowcowy.
Zaskakujący gin o bardzo długiej nazwie przedstawił holenderski Wenneker. Nazwa brzmi Let The Story Be Gin How About Denim?, a etykieta przypomina materiał dżins. Zaskakujący, bo bardzo warzywny w smaku, jałowiec gdzieś głęboko schowany.

Wódka
W świecie wódki rządzi pszenica, nieśmiało dobija się do świadomości klientów ziemniak, a potem długo nic. Wódki żytnie zdają się być niemal wyłącznie specjalnością polskich producentów, podobnie jak orkiszowe – choć te głównie na rynki anglosaskie pod markami private labels. Za to dość śmiało poczynają sobie wódki ze słodowanego jęczmienia, oczywiście te powstają przede wszystkim w Szkocji i Irlandii, przy okazji produkcji whisky.
Irlandczycy zaprezentowali całkiem udaną wódkę ze słodowanego jęczmienia o nazwie Kalak. Destylowana czterokrotnie w alembikach, trzykrotnie filtrowana przez węgiel drzewny. Aromat mleczny, śmietanowy, białej czekolady, trochę prażonego ziarna. W ustach rurki z kremem, wafelki i bardzo dużo słodu.
Znakomitą wódkę pszeniczną, z niewielkim dodatkiem destylatu winnego, promował dom koniakowy Hardy. Source Vodka jest bardzo delikatna, w ustach: mleko, śmietana, a w aromacie delikatnie czuć zioła.

Jakub Gromek

Destylarnia Tarpan ze Szczytna zadebiutowała z własną wódką Bielik. – To pierwsze butelki, właśnie zeszły z rozlewni – opowiada Jakub Gromek, właściciel destylarni, która działa w dawnym browarze Jurand. – Wydestylowana z pszenicy, czterokrotnie filtrowana przez węgiel aktywowany srebrem – mówi Jakub Gromek. Aromat słodki, mleczny, biała czekolada, wanilia. Podobnie w ustach, ale dochodzi nuta ziołowa – majeranek.
Orkiszową wódkę Splendor pokazało AWW. Aromat delikatny: siano, suche kwiaty. W ustach słodko, rurki z kremem, mleko w proszku, ale też nuta pieprzu, zielona papryka, ale i sałata.
Firma Jantoń przedstawiła swój najnowszy produkt – kolekcję wódek smakowych Vi, w smakach: Pear & Caramel, Coconut & Chocolate oraz Espresso, wszystkie słodkie, wszystkie o mocy 37,5%.
Na wspólnym stoisku wódki czyste i smakowe prezentowały Destylarnia Piasecki i Toruńskie Wódki Gatunkowe. Markę Vodka.pl promował Bartex-Bartol.

Tequila
Po ubiegłorocznej ofensywie Meksyku, w tym roku było słabo. Producenci tequili i mezcalu nie poszli za ciosem, a może w ubiegłym roku osiągnęli cel i już nie potrzebowali pokazywać się ponownie. Meksykańskie alkohole pojawiały się zatem od przypadku do przypadku, rozrzucone na stoiskach importerów – np. Heaven Hill czy Beveland.
Amber Group z Łotwy pochwaliło się swoim ubiegłorocznym nabytkiem, kiedy przejęli destylarnię Fabrica de Tequilas Finos w mieście Tequila. Kolekcja tequili KAH to ekskluzywny produkt, każda w kamionkowej flaszy o kształcie czaszki, z malunkami nawiązującymi do mitologii Indian i różnymi rytuałami związanymi ze świętem zmarłych – Dia de los Muertos. W wersji Extra Añejo dodatkowo ozdobiona kryształami Swarovskiego. Leżakowana w beczkach z dębu Limousin (wersja Reposado) lub w małych beczkach z amerykańskiego dębu (Añejo i Extra Añejo). Niezwykle delikatna, słodka, prawie czekoladowa w smaku, mleczna, miodowa. Dopiero finisz zdradza, że to tequila, a nie whisky.

Likiery

Marie-Beatrice Bickel de Miscault i Hugues de Miscault

Przede wszystkim wspaniałe absynty. Ta kategoria staje się coraz bardziej Premium. Libertine Originale o wytrawnym smaku, albo Paul Devoille Absinthe du Centenaire, w którym wykorzystano cztery różne odmiany piołunu, dodano do tego arcydzięgiel, hyzop, nasiona kolendry, goryczkę, koper włoski i powstał absolutny król wszystkich absyntów. – Mamy własne uprawy piołunu, wśród nich także piołun afrykański, l’artemisia afra – mówi Hugues de Miscault, właściciel destylarni Paul Devoille. – Tą recepturę stworzyliśmy w 2015 roku, z okazji setnej rocznicy wprowadzenia we Francji zakazu wytwarzania absyntu. Piołun zbieramy już zimą, kiedy w naszym regionie, Fougerolles, często leży już śnieg. Skoncentrowane w roślinie olejki są bardziej intensywne, dają bardziej ziołowy aromat alkoholu.
Świetne wrażenie zrobił inny piołunowy trunek, tym razem lekkiego kalibru – likier Antique Pelinkovac chorwackiej firmy Badel. – To mieszanka 25 ziół. Receptura pochodzi z lat początków naszej firmy, z 1826 roku. To bardzo limitowana edycja – opowiada Luka Radiček, enolog pracujący dla firmy Badel. Aromat starej apteki, syropu na kaszel, herbaty, pinia, tymianek, prawoślaz i żywica. Próbowałem wielu bałkańskich likierów z piołunu, ten jest wybitny.
Innowacyjne produkty dla barmanów przedstawiła firma Massenez. Linia Garden Party to likiery w sprayu, które aromatyzują czaszę kieliszka z koktajlem, albo likiery o smakach warzy i przypraw – papryki, curry, czarnej rzepy czy marchwi.
Idylle to pyszny mleczny likier na bazie koniaku VSOP, produkowany od 2016 roku przez Maison Chambaud, butelkowany z mocą 17%. Jedwabisty smak mlecznej białej czekolady i marcepanu.

Cała reszta
Największym odkryciem i zaskoczeniem smakowym, była dla mnie austriacka okowita firmy Reisetbauer zrobiona z… marchwi. Piłem wcześniej na Węgrzech destylat z marchwi, tyle, że w tamtym przypadku warzywo było macerowane w spirytusie, a potem redestylowane, czyli w niemieckiej terminologii (polskiej brakuje!) był to geist, nie brand. – Na litr Reisetbauer Karottenbrand potrzeba 35 kg marchwi, a fermentacja trwa ok. 10 dni – mówi Alexander Berger. Alkohol ma aromat i smak soku z marchwi. To jest niesamowite doświadczenie.
Inne dziwne wrażenie, to degustacja destylatu z maceratem niedźwiedziego czosnku. Bärlauchgeist rodzinnej firmy Hausbrennerei Baumgartner to nie jest trunek na randkę. Jeszcze następnego dnia czułem w ustach czosnek, jest tak intensywny. Aromat czuć z dużej odległości.
Bardzo pozytywnie wypadła bogata oferta z Grecji, zwłaszcza tsipouro. Ten tradycyjny trunek z winogron doświadcza prawdziwej rewolucji jakościowej. Pojawia się tsipouro rocznikowe, jednoszczepowe czy starzone w beczkach. Przykładem morze być tsipouro Dark Cove, które leżakowało m.in. w beczkach po sherry, ale też z nowego dębu amerykańskiego czy francuskiego, albo rocznikowe blendowane tsipouro Tsilili.
Jak zawsze szeroko prezentowali się producenci grappy, rozłożeni w dwóch pawilonach razem z winiarzami, podzieleni na regiony. Marzadro po raz pierwszy pokazało nową grappę z linii Espressioni, leżakowaną przez sześć lat w nowym amerykańskim dębie, zrobioną z wytłoczyn winogron merlot i cabernet. Zaskakuje smakiem słodkich czerwonych owoców: malin, jeżyn, wiśni, a w tle – ziarna słonecznika. Destylarnia Castagner zaprezentowała grappę z linii Leon, powstającą z resztek po tłoczeniu winogron na wina brunello. Dziewięć miesięcy leżakowała w dębie oraz trzy miesiące w drewnie z wiśni. Słodka i oleista, w smaku odnajdziemy cukier trzcinowy, liście wiśni, ale też czarne oliwki.
Kilku wybitnych grapp mogłem spróbować na stoisku firmy Zanin. Monte Sabatino 30 Anni smakuje jak mon cheri – czekoladka z wiśnią. Zanin Prosecco Riserva 2006 to dla odmiany gorzka czekolada i czereśnie. Zanin Amarone Riserva 2008 to miód, słonecznik i znów czekoladki z wiśnią. – Amarone jest bardzo trudne do produkcji grappy, to kapryśne wina, nie każdego roku wychodzą dobre, a grappa jest przecież jak wino – mówi Silvestri Giuliano z destylarni Zanin. – Często jest zbyt cierpkie, brakuje mu rześkości, dlatego rzadko wypuszczamy grappy amarone.
Doskonałej cachaçy można było spróbować na stoisku hiszpańskiego importera, firmy Veterano. Linia Santo Grau to cachaça rzemieślnicza, z małych upraw trzciny, ręcznie nadzorowana destylacja. Każda butelka w tej serii jest niesamowita. Niebywałe wrażenie zrobiła na mnie Itirapuã, destylarnia jest w starym XIX wiecznym młynie, w okolicy São Paulo. W aromacie mieszają się zioła, ziemistość i banany, ale w ustach – poza bananami – zaskakują warzywa: pietruszka, ziemniaki, rzodkiew i marchew. Takiej cachaçy nikt nie da do koktajlu caipirinha, to jest dzieło sztuki destylacyjnej.
Korzenie, skóra, miód i propolis, migdały i orzechy laskowe, kwiaty, śliwki, mirabelki – to wszystko o śliwowicy Gélas Eau-de-Vie de Prune L’Occitane 15 Ans. Smak nieco cierpki, taniczny, znakomita.
Szeroko zaprezentowała się w tym roku Azja, a w szczególności Japonia. Do wystawców sake, których zawsze było sporo, dołączyły wytwórnie shochu, więc zrobiło się bardzo ciekawie, można było spróbować trunków nie tylko z ryżu, ale też z: patatów, proso czy słodowanego jęczmienia. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie shochu firmy Amabuki – Shoryu Drops of Devil Cave – destylowane z ryżu i melasy, przez 40 lat leżakowane, o smaku pomarańczy, winogron, delikatnym aromacie ryżu. Kolekcję wybornych umeshu pokazała Choya, w tym m.in. leżakowane przez trzy lata, czy edycje rocznikowe. Rześki aromat śliwek, a w ustach niemal wytrawne.
Za rok targi ProWein odbędą się w dniach 18-20 marca, a w 2019 roku w dniach 17-19 marca.

To moje subiektywne oceny na podstawie notatek z degustacji ponad 250 alkoholi podczas tegorocznych targów ProWein. W obydwu kategoriach dominuje Francja – bez wątpienia najbogatszy, najciekawszy, najbardziej innowacyjny rynek alkoholi w Europie.

Najwyżej ocenione produkty
1. Pierre de Segonzac Ancestrale (koniak, Francja)
2. Reisetbauer Karottenbrand (okowita, Austria)
3. Paul Devoille Absinthe du Centenaire (absynt, Francja)
4. Santo Grau Itirapuã (cachaça, Brazylia)
5. Antique Pelinkovac (likier, Chorwacja)
6. Hausbrennerei Baumgartner Bärlauchgeist (okowita, Niemcy)
7. Marquis de La Pomme 1973 (kalwados, Francja)
8. Shoryu Drops of Devil Cave (shochu, Japonia)
9. Monte Sabotino 30 Anni (grappa, Włochy)
10. Gélas Eau-de-Vie de Prune L’Occitane 15 Ans (okowita, Francja)

Najbardziej innowacyjne produkty
1. 30&40 Apéritif de Normandie (likier, Francja)
2. Reisetbauer Karottenbrand (okowita, Austria)
4. Dark Cove (tsipouro, Grecja)
5. Garden Party (likiery barowe, Francja)
5. 30&40 Blanche (okowita, Francja)
6. Citadelle Old Tom 2016 (gin, Francja)
7. Hausbrennerei Baumgartner Bärlauchgeist (okowita, Niemcy)
8. Le Gin Calvados Cask Finish (gin, Francja)
9. Source (wódka, Francja)
10. Tenu (gin, Finlandia)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Subskrypcja newsletter

Najnowsze wpisy wprost do Twojej skrzynki e-mail